niedziela, 10 kwietnia 2016

Rozdział III

Kim jestem?

Jak zawsze, gdy znajduję się w nowej sytuacji, byłam podenerwowana od dzisiejszego popołudnia. Gdy usłyszałam pukanie, zaskoczona zerwałam się z łóżka i zawołałam przesadnie głośno:
- Proszę!
Przez drzwi wsunęła się czyjaś blond głowa.
- Witaj, Lucy.- kobieta weszła do pomieszczenia.- Nazywam się Annabell Demberd i, jak pewnie już wiesz, jestem dyrektorką Creimberg.

Z racji tego, że od dziecka spotykałam się z wszelkiego typu zarządcami ważnych instytucji, przewodniczącymi wielu organizacji i innymi dorosłymi ,,pociągającymi za sznurki’’, wiedziałam jak rozmawiać z dyrektorem szkoły. Przynajmniej, gdyby był on tradycyjnym szeryfem. Jednak, w końcu to Creimberg, nic nie może być szablonowe. Dlatego chwilę stała skołowana na środku pokoju. Nadal  zadziwiała mnie niespotykana bezpośredniość pani Demberd. Jeszcze chwila i kobieta zacznie mnie traktować jak własne dziecko, a do tego na pewno nie byłam przyzwyczajona. Przyjrzałam się blondynce. Jak większość ludzi była ode mnie wyższa. Kolor włosów kontrastował z ciemnymi oprawkami błękitnych oczu, które teraz wpatrywały się we mnie zaciekawione. Nie przeszkadzało mi to. Dyrektorka miała takie dziwne, ale przyjemne ciepło w spojrzeniu…

- Dzień dobry, miło mi panią poznać.- moje usta opuściła wyuczona odpowiedź. W ostatniej chwili próbowałam się powstrzymać i wymyślić coś bardziej pasującego do mojej rozmówczyni, jednak tresura z dzieciństwa dała o sobie znać.

Kobieta uśmiechnęła się do mnie promiennie i powiedziała śpiewnie:


- Jeszcze raz bardzo Cię przepraszam, że nie powitałam Cię osobiście. Nadal mam nadzieję, chociaż przyznam, że niewielką, iż Aaron zachował się odpowiednio.- dyrektorka spojrzała na mnie z nadzieją, która znikła, gdy zobaczyła mój wyraz twarzy.- Rozumiem… Cały Aaron.- westchnęła głośno.- Musisz mu wybaczyć jego zachowanie. To dobry dzieciak, jednak pogubił się w swoim gniewie… - blondynka jakby spostrzegła się, iż powiedziała za dużo i trochę zmieszana podała mi kartkę papieru.- Twój plan lekcji. Będziesz chodzić na zajęcia dla rodów, spadkobierców i zmiennokształtnych.- uśmiechnęła się szeroko.- Nie zdziw się, ponieważ na tych ostatnich… Oprócz Ciebie będą tylko dwie osoby.- w tym momencie dyrektorka zrobiła coś naprawdę nieprzewidywalnego- zbliżyła się i wzięła mnie w swe objęcia. Zdziwiona nie wiedziałam jak zareagować, jednak po chwili oddałam uścisk.- Naprawdę cieszę się, że tutaj jesteś.- po tych słowach  pożegnałyśmy się i kobieta wyszła z sypialni.


*   *  * 


- Alison… Alison. Alison!- od kilku minut bezboleśnie starałam się obudzić przyjaciółkę. Po wielu nieudanych próbach zrezygnowana opadłam na jej łóżko.- Wstawaj głupia…- mruknęłam w jej stronę, doskonale wiedząc, że mnie słyszy.- Nawet nie wiem jak mam dojść na pierwszą lekcję. Alison!- po krótkim namyśle podniosłam butelkę z wodą, stającą obok łóżka dziewczyny i z diabelskim uśmiechem wylałam jej zawartość na głowę Carlley.
Przyjaciółka lekko uśmiechnęła się na wpółświadomie i otworzyła jedno oko.
- Nie pamiętasz? To nie zadziała.- rudowłosa odwróciła się na drugi bok.- Znajdź sobie jakiegoś przewodnika. Lemon też wstawała tak wcześnie i musiałyśmy się rozstać…- mruknęła jeszcze i po chwili na powrót usłyszałam jej równomierny oddech, oznaczający, że zasnęła.

Roześmiałam się głośno, myśląc o swej głupocie. Jak mogłam zapomnieć, że Alison Carlley nie da się obudzić czymś tak zwyczajnym jak woda? Gdy byłyśmy małe próbowałam wielu metod, jednak szybko przekonałam się, że w jej przypadku, oblewanie wodą, wbijanie szpilek w różne części ciała, krzyki wprost do ucha po prostu się nie sprawdzają. Rudzielec od zawsze był mistrzem ignorowania wszelkich przeciwności losu, gdy chodzi o sen. Po niezliczonej ilości prób dobudzenia Alison przekonałam się, że zadziałać może tylko kilkominutowe klęczenie z włączoną zapalniczką obok jej stóp.

Wyszczerzyłam się do swoich wspomnień i zaczęłam zmierzać w kierunku drzwi. Przed wyjściem z pokoju zerknęłam w stronę lustra. Byłam ubrana w luźne dżinsy z przetarciami w okolicach kolan, białą koszulkę z logiem mojego ukochanego zespołu- Guns N’ Roses i zwykłe czarne trampki do kostek. W sam raz na pierwszy dzień w nowej szkole. Będę mogła niezauważona przemykać pod ścianami. Idealny kamuflaż.

Zadowolona z osiągniętego efektu wyszłam na korytarz. Jak na razie nie był on zatłoczony, jednak Alison zapowiedziała, że to się niebawem zmieni. Zerknęłam na mapę, którą trzymałam w dłoniach, niczym największy skarb. Czułam się tak, jakby była to moja jedyna broń. Oczywiście są jeszcze ostre jak brzytwa pazury, mogące rozciąć wszystko kły, zatrważająca szybkość…

- Lucy?- usłyszałam za plecami, gdy mijałam otwarte na oścież drzwi czyjegoś pokoju. Zatrzymałam się zaskoczona i spojrzałam w stronę głosu. Jak się okazało wołała mnie śliczna, wysoka Azjatka ubrana w białe rurki w różowe jednorożce otoczone tęczami, czarne martensy z jaskraworóżową podeszwą i… o zgrozo… koszulkę Guns’ N’ Roses. Zszokowana przyglądałam się jej chwilę z niepokojem.

- Zgadłaś.- uśmiechnęłam się, gdy zdołałam się opanować.- O co chodzi?- pamiętam, że na lekcjach mających na celu ułatwienie mi odnalezienia się w nieprzewidywalnych sytuacjach, madame Fueer powtarzała, że trzeba być miłym nawet dla najbardziej przerażających dziwaków.
Niespodziewanie dziewczyna zbliżyła się do mnie i objęła mnie za szyję.

- Chociaż ktoś w tej szkole ma dobry gust muzyczny!- krzyknęła uradowana.- W końcu mogę Cię poznać osobiście! Tyle o tobie słyszałam, Lu! Alison nie mogła się doczekać momentu, gdy przyjedziesz!- nieznajoma wypuściła mnie z objęć.- Ty też na zajęcia historii Rodów, prawda?- skinęłam głową, na co czarnowłosa westchnęła i wskazała kierunek w którym powinnyśmy się udać.- W końcu nie będę musiała sama męczyć się z Xavierem i Czarodziejami.- zerknęła na mnie z ukosa.- Jestem Lemon. Znaczy Rie Yoemon… Jak widzisz nie ma się co dziwić, że wszyscy nazywają mnie tak, jakbym była cytrusem.- mrugnęła.

Właśnie doszłyśmy do korytarzy szkolnych, po których kręciło się już znacznie więcej uczniów niż w dormitorium .
- Też jesteś… hmm… Zmiennokształtną?- zapytałam, gdy Lemon na chwilę umilkła. Chyba po raz pierwszy przyznałam na głos, że nie jestem człowiekiem. Rodzice byliby zachwyceni…

- Tak.- Rie skinęła głową.- Oprócz nas jest jeszcze Xavier Sołowjow. Oboje jesteśmy półkrwi. Nasze mamy są ludźmi, a ojcowie Zmiennokształtnymi.- zaśmiała się cicho.- Twoi rodzice mieli znacznie łatwiej, bo nie musieli się przed nikim tłumaczyć z tego kim są.-ziewnęła.- Z wyjątkiem naszej trójki na zajęciach pana Syriusza będą sami Czarodzieje. Na oko licząc… Jakaś dwudziestka.- widząc moje zaskoczone spojrzenie, wzruszyła ramionami.- Jest jeszcze druga grupa. Sami Czarodzieje. Jakieś trzydzieści osób.

- Dlaczego jest tak mało Zmiennokształtnych?- zapytałam, przez co Lemon zamarła z ręką zawieszoną nad klamką. Dziewczyna zerknęła na mnie z ukosa i powiedziała niepewnie:
- Jakby Ci to… Większość naszej rasy przeciwstawiła się Vladimirowi i dlatego nie ma ich już wśród nas…- ze smutkiem pokręciła głową.- Zostało tylko kilka rodzin, które przetrwały wojnę. Właśnie dlatego nasz gatunek powoli…

- Panno Rain, panno Yoemon. Nie ma potrzeby stać pod salą. Możecie wejść, pan Wood nie gryzie.- na dźwięk czyjegoś głosu, Lemon cała poczerwieniała i wciągnęła mnie do sali. Nim zamknęły się za nami drzwi zdołałam jeszcze dostrzec oddalającego się szybkim krokiem mężczyznę. Zaskoczona spojrzałam na dziewczynę, jednak ta tylko pokręciła głową i poprowadziła mnie w stronę trzyosobowej ławki przy której siedział już jakiś blondyn.

Gdy podeszłyśmy bliżej przyjrzałam się mu dokładniej. Jego przydługie jasne włosy wywijały się śmiesznie przy końcach. Oczy chłopaka zaskoczyły mnie tym jak blade się okazały. Obcisła koszulka nie zdołała ukryć jego wyrzeźbionego ciała. Opinała się w najbardziej ciekawych miejscach, co ani trochę mi nie przeszkadzało.

Yoemon potwierdziła moje przypuszczenia odnośnie tożsamości chłopaka, gdy dokonała prezentacji.
– Cieszę się, że mogę Cię poznać, Xavier.- uścisnęłam wyciągniętą rękę blondyna na co ten uśmiechnął się szeroko i już chciał coś odpowiedzieć, gdy do sali wszedł nauczyciel. Natychmiast ucichły wszelkie rozmowy, a większość dziewczyn uśmiechnęła się promienie, wypinając piersi. W każdej szkole musi być przynajmniej jeden nauczyciel-bóstwo, a w Creimberg był nim najwyraźniej pan Wood.

Mężczyzna rozejrzał się po klasie i zatrzymał wzrok na mnie.
- A czyż to nie nasza nowa uczennica, Lucy Rain?- zapytał z uśmiechem w kącikach ust.
Skinęłam potakująco głową, jednocześnie przyglądając się nad wyraz urodziwej twarzy nauczyciela. ,,Nieziemski'' to właściwe słowo na opisanie jego wyglądu.

-Mam nadzieję, że nauczysz się na tych zajęciach czegoś równie przydatnego jak zaśnięcie z otwartymi oczami i nie ślinienie się przy tym.- kilka dziewcząt odpowiedziało mu śmiechem.- Przejdźmy do rzeczy... Ktokolwiek przeczytał rozdział VII Wielkiej Księgi?- pan Syriusz teatralnie rozejrzał się po klasie i zignorował wyciągniętą rękę jakiejś Czarodziejki siedzącej w pierwszym rzędzie.- Tego właśnie się spodziewałem. Jesteście tak samo leniwi jak ja kiedyś...- twarz nauczyciela spoważniała.- VII rozdział nosi tytuł ,,Rozłam''. Podejrzewam, że większość z Was wie co nieco na ten temat.- siedzący w bezruchu uczniowie zdawali się potwierdzać jego słowa.- Chodzi oczywiście o Stowarzyszenie Odnowicieli.- mężczyzna odrzucił uczniów poważnym spojrzeniem.- Organizacja została założona w 1878r. w Londynie. Wówczas na jej czele stał Vladimir Eslar Volerioner, pełnokrwisty Zmiennokształtny. Pociągnął za sobą wielu wyznawców oddzielenia ,,ras czystych'' od nadnaturalnych, którzy nie byli obdarzeni krwią przekazywaną z pokolenia na pokolenie.- mężczyzna na chwilę zamilkł.- Organizacja chciała wybić Wilkołaki i, wymarłe już teraz, Wampiry. W ten sposób pragnęli oczyścić świat z ,,plugawej krwi". Przez pierwsze sto lat ich słowa były tylko słowami. W tym czasie przewodniczący i członkowie zgromadzenia zmieniali się i stawali się coraz bardziej nieobliczalni. Prawdziwy koszmar zaczął się od napadu na dom grupy Wilkołaków w 1985 roku. Krwawe morderstwo trzech pokoleń...- nauczyciel pokręcił ze smutkiem głową.- Później miały miejsce liczne napaście na siedziby likantropów oraz Wampirów.- pan Syriusz westchnął cicho.- Bardzo wielu nadprzyrodzonych straciło życie w wojnie, która rozpętała się w 1994. Stowarzyszenie Odnowicieli w okresie przywództwa Thomasa Resier'a było nie do pokonania. Zabijali wszystkich, którzy stanęli na ich drodze. Wielu Zmiennokształtnych przeciwstawiało się Organizacji, co doprowadziło do obecnej zatrważająco niskiej liczby tego gatunku...Większość Czarodziei... no cóż... opowiedziała się po stronie Resier'a lub zaszyła się w jakimś odległym miejscu, gdzie zgromadzenie nie mogło ich znaleźć. Zmiennokształtni, w odpowiedzi na ataki stowarzyszenia, obdarzyli wiele osób przekleństwem wilkołactwa. Jesienią 1998 roku Czarodzieje przyłączyli się do walczących Zmiennokształtnych. Jednak wojna trwała jeszcze przez trzy lata, by w końcu 21 lipca zjednoczone siły nadprzyrodzonych ostatecznie pokonały Stowarzyszenie Odnowicieli.- pan Wood zaczął przechadzać się między ławkami.- Niestety nie był to dzień radości, a ogromnego smutku. Obie strony poniosły niewyobrażalne straty. Dziadkowie, wujkowie, ciocie, rodzicie, rodzeństwo... Każdy kogoś opłakiwał.- nauczyciel ze smutkiem pokręcił głową.- Nasz świat już nigdy nie wyglądał tak samo. Istnieje nadzieja, że to się kiedyś zmieni, jednak... Wielu przestało już w to wierzyć.
Zasłuchana wpatrywałam się w nauczyciela, gdy blondynka siedząca kilka miejsc dalej, podniosła rękę.

-Czy to prawda, że na miejsce Stowarzyszenia Odnowicieli została stworzona Rada?- odezwała się przesłodzonym głosikiem, nie czekając na pozwolenie.
Kilka osób posłało dziewczynie nieprzyjazne spojrzenia, a brunet siedzący obok, szturchnął ją w bok. Nastolatka, widząc reakcję innych Czarodziei wzruszyła tylko ramionami. Pan Wood chwilę nie wiedział co odpowiedzieć, jednak po chwili się opanował.

-Przykro mi Danielle, jednak nie masz racji. Rada została powołana w celu odbudowania społeczeństwa, którego wszyscy jesteśmy częścią. Sami wybieramy członków jej członków, mamy wpływ na jej decyzje. Ponadto Rada nie morduje niewinnych.- mężczyźnie nie udało się zamaskować niechęci do nastolatki.

Gdy zobaczyłam jak odnoszą się do blondynki zebrani w pomieszczeniu, zaczęłam się zastanawiać kim ona jest. Szeptem spytałam o to Rie. Dziewczyna tylko ciasno zacisnęła usta i udała, że mnie nie dosłyszała. Cudownie, kolejna tajemnica Cambrige... Zrezygnowana znów skupiłam uwagę na nauczycielu, który prowadził dalszą część lekcji.


 Tak jak mówiłam, jest trójka! Rozdział nie jest do końca taki, jak tego chciałam, ale mam nadzieję, że mimo wszystko się Wam spodoba!

piątek, 8 kwietnia 2016

Wiersze II

NICOŚĆ


Czuję się jak zawieszona pomiędzy dwoma światami,
między Niebem a Piekłem,
między prawdą a kłamstwem,
między jawą a snem.
Jestem sama, całkiem pusta w środku,
pozbawiona uczuć, serca,
niezdolna do samodzielnego myślenia,
pozostawiona w roli cichego obserwatora.
Krzyczę, błagając o pomoc,
jednak Oni, Wy, mnie nie słyszycie,
mój szept zagłuszają Wasze myśli,
a ja w bezsilności zamykam usta,

bezgłośnie płacząc w samotności.

czwartek, 7 kwietnia 2016

Rozdział II

Dziwoląg

Gdy, już nieźle zmęczeni, doszliśmy w końcu do pokoju 304, odstawiliśmy walizki i uśmiechnęliśmy się do siebie.

- Nie spodziewałam się tak szybko wpaść na kogoś… nie ukrywając… znośnego.- zauważyłam kąśliwym tonem.- Sam rozumiesz, poprawczaki rzadko kiedy pozytywnie zaskakują.

Cross uśmiechnął się szeroko i odpowiedział w tym samym guście:

-Wiesz… Ja to jeszcze nic takiego. Poczekaj jak poznasz mojego młodszego brata, on to dopiero jest świetny. Nie to co ja, człowiek ledwie znośny.- prychnęłam śmiechem co u Bena spowodowało jeszcze szczęśliwszy wyraz twarzy.

- Nie mogę się doczekać.

Chłopak właśnie miał się odwrócić, gdy o czymś sobie przypomniał i zamarł w pół kroku.

-Tak przy okazji… Gdy jesteś w obcym miejscu zapytaj kogoś znającego miejsce o to w która masz iść stronę. Będzie trochę łatwiej. Poza tym… nie jesteśmy w poprawczaku, Rain.- po tych słowach ruszył w stronę zakrętu. Chodziło mu, oczywiście, o to, że zamiast podać mu numer przydzielonego mi pokoju, ruszyłam w, na chybił trafił, wybraną przez siebie stronę korytarza i przez to musieliśmy pokonywać dwa razy więcej schodów.

Trzeba było wybrać lewą stronę…

Nadal z uśmiechem na ustach otworzyłam drzwi pokoju w którym miałam mieszkać przez kolejny rok. Pierwsze co mnie zdziwiło był ogrom pomieszczenia. Jednak, gdy zajrzałam głębiej dostrzegłam dwa łóżka.

Współlokator? No cóż, może Creimberg nie jest tak prestiżową szkołą jak to utrzymują wszystkie prospekty.

Następnym co przykuło moją uwagę był wszechobecny fiolet... Wszystko było fioletowo-białe. Zaczynając od purpurowych ścian, poprzez lawendowe zasłony, na jagodowej pościeli kończąc. Przemknęło mi przez myśl, że to jakaś pomyłka... Znam tylko jedną osobę w takim stopniu zbzikowaną na punkcie tego koloru...

- LUCY!- za moimi plecami rozległ się przerażający pisk. Brzmiało to tak jakby ktoś krzywdził małego, słodkiego kotka. Przerażona próbowałam się odwrócić, jednak czyjeś ręce mnie oplotły i nie mogłam się ruszyć.- Lu, jak dobrze Cię widzieć! Jak mi powiedzieli, że przyjeżdżasz to normalnie uwierzyć nie mogłam. A potem dowiedziałam się, że będziemy współlokatorkami! Myślałam, że mi kapcie zlecą! Bo wiesz, do tej pory…

- Alison..?

- … mieszkałam sama, bo nikt nie wytrzymywał ze mną dłużej niż miesiąc. Nie mam pojęcia co mi przeszkadzało w fiolecie. Jednak teraz…

- Alison.

- … zaczniesz się tu uczyć i w końcu będę mogła zaszaleć z wystrojem pokoju! Boże, ale się cieszę! To będzie prze-cu-do-wne. Nie mogę się doczekać jak wszystkich poznasz, chociaż tak prawdę to…

-  Alison!- szybkim ruchem wyrwałam się z jej objęć.

- Tak?- spytała zaskoczona moją nagłą reakcją.

- Co ty tu robisz? Przecież miałaś uczyć się w Art Center College of Design w Californii!- nadal w głębokim szoku wpatrywałam się w przyjaciółkę, z którą od półtora roku nie miałam żadnego kontaktu.

- No wiem, wiem, karle, ale sama rozumiesz… Szybko się nudzę. Musiałam coś zmienić i od trzech semestrów chodzę do Creimberg na tym angielskim pustkowiu. Nie jest tak źle jak się wydaje. Może i nie najciekawiej, jednak da się wytrzymać. Przynajmniej jest w czy wybierać…- uśmiechnęła się zaczepnie.

W moich oczach zaczęły wzbierać łzy.

- Nie wierzę, że tu jesteś… Moi rodzice przywieźli mnie tu za karę…

Alison przerwała mi spokojnie:



- Nie jesteś tu za karę. Przywieźli Cię tu, bo nie chcesz się pogodzić z prawdą. To szkoła dla takich jak my. Nie musisz już tego ukrywać. W tej szkole każdy ma jakiś dar. Jesteśmy tu by nad tym zapanować i rozwijać te umiejętności. A ty…? Ty jesteś kimś dziwacznym nawet w naszych szeregach.- Carlley roześmiała się, widząc moją minę.- Nie każdy rodzi się jako pełnokrwisty zmiennokształtny.


*  *   *


Gdy schodziłyśmy na kolacje w uszach wciąż dźwięczały mi słowa Alison. ,,Pełnokrwisty zmiennokształtny.’’ Nadal nie potrafiłam oswoić się z tą myślą. Chociaż pewnie powinnam, i to jak najszybciej, zważywszy na miejsce, w którym aktualnie mam mieszkać.

- Nie martw się Lu.- Carlley szturchnęła mnie w żebra, przerywając moje rozmyślania.- Gdy o czymś intensywnie myślisz tak śmiesznie marzysz nos. Trochę jak prosiak.- dodała z uśmiechem. Swoimi słowami wywołała śmiech chłopaków idących korytarzem w przeciwnym niż my kierunku. Posłałam jej zabójcze spojrzenie, co tylko bardziej ją rozbawiło. Zirytowana przyśpieszyłam kroku.

- Mówisz tak, jakbym nie miała czym się martwić…- mruknęłam.- Jest połowa semestru, a na dodatek…
- …jestem dziwolągiem…
-…nawet w Creimberg?- na dźwięk obcych głosów odwróciłam się zaskoczona.

Za moimi plecami stały dwie piękne, wysokie brunetki o niepokojących uśmiechach. Dziewczyny były bardzo do siebie podobne. Czyżby bliźniaczki? Gdy przyjrzałam się im uważniej, zauważyłam drobne różnice w ich wyglądzie. Dziewczyna, która stała z lewej strony miała nieco większe oczy niż ta z prawej i była od niej o kilka centymetrów wyższa. Na dodatek ich włosy minimalnie różniły się odcieniami.
Porażający brak  różnicy…

Zerknęłam w stronę Alison, jednak dziewczyna się nie odzywała. Najwyraźniej nie przepadała za brunetkami, bo patrzyła na nie z niechęcią w oczach. Po krótkiej chwili niezręcznego milczenia nieznajome, jak na komendę, wyciągnęły dłonie w moją stronę.
- Caroline Treth.- przedstawiła się ta odrobinę niższa.
- Catherine Truth.- w tym samym momencie odezwała się jej przyjaciółka.

Zdezorientowana wodziłam wzrokiem od jednej do drugiej. Kolejna sytuacja, która była wstanie zbić mnie z tropu. Moja wyniosła postawa w tym miejscu, chyba nie odniesie większego efektu.
- Yyy… Lu… Lucy Rain.- odpowiedziałam lekko drżącym głosem, po czym po kolei uścisnęłam wyciągnięte dłonie.

- Miło nam Cię poznać.- powiedziały jednym głosem, co, nie ukrywam, było bardzo  przerażające.
- Na jakie zajęcia będziesz chodzić?- zapytała Caroline.

-Mamy nadzieję, że będziesz z nami w grupie na historii rodów.- wydawało się automatycznie dodała Catherine.
- To naprawdę ciekawe zajęcia. Pan Syriusz jest przeeemiły.

Coraz bardziej zaskoczona, a zarazem przerażona, wpatrywałam się w klony.  Jeszcze nigdy nie przeżyłam tak dziwacznego spotkania. Czułam się jak bohaterka jakiegoś podrzędnego psychologicznego horroru. Na szczęście z ratunkiem przyszła mi Alison, która odezwała się z nutą przygany w głosie, patrząc na Treth i Truth spode łba:

- Catherine, Caroline zaczęłyście tę bezsensowną rozmowę w jakimś konkretnym celu?- zapytała tonem sugerującym rozdrażnienie i nie czekając na odpowiedź dziewczyn, dodała:- Nie? To dobrze, śpieszy nam się.- po tych słowach pociągnęła mnie za rękę i wyminęłyśmy Treth i Truth. Gdy znalazłyśmy się poza zasięgiem ich słuchu, Alison spojrzała mnie z udawanym smutkiem w oczach.- Właśnie poznałaś maskotki Creimberg, siejące wszechobecny niesmak, Klony.

- O czym Ty, do cholery, gadasz?- zapytałam głosem zdradzającym skrajne emocje, przerażenie i rozbawienie. Chociaż jakby się nad tym zastanowić… Od dziecka w sytuacjach kryzysowych nie panowałam nad sobą i zaczynałam się śmiać. Kiedyś z tego powodu mama zaciągnęła mnie do psychologa.

- No co? Nie pasuje?- Carlley wzruszyła ramionami.- Magiczne, niespokrewnione bliźniaczki z jednym mózgiem. Jeszcze nigdy nie widziałam ich osobno. Duet TT jest upiorny. Czarodziejki półkrwi się znalazły… Uważają się za lepsze, bo się z tym urodziły. Może to moja wina, że zostałam ugryziona i co miesiąc zamieniam się w wilka? No przecież tego nie chciałam, do cholery jasnej. A te dziunie zachowują się tak jakbym była czymś gorszym, bo co jakiś czas nad sobą nie panuje i mogę komuś zrobić krzywdę. Przecież nikt nie kazał im wtedy wchodzić do lasu…
Dziewczyna jeszcze coś mówiła, jednak już jej nie słuchałam.

Gdy weszłyśmy do ogromnego, oszklonego pomieszczenia, które najwyraźniej pełniło rolę stołówki, zgodziłam się ze wszystkimi prospektami zapewniającymi o prestiżu tej szkoły. Pomieszczenie zadziwiało swym  ogromem. Przez szklany dach wpadały ostatnie promienie, zachodzącego o tej porze, wiosennego słońca. Za oszklonymi ścianami rozpościerał się widok na ogród. Oczywiście nie jakiś tam zwyczajny z przeciętnymi badylami. O nie, drodzy państwo. To co ukazywało się oczom wchodzącym do stołówki było istnym cudem. Wzdłuż usypanych szarymi kamykami ścieżek ciągnęły się pasma czarnych tulipanów. Zwisające ze stojących co kawałek latarni naręcza białych lilii delikatnie opadały na urocze ławeczki, poustawiane w odległości kilku metrów od siebie. Z fontanny stojącej w centralnej części ogrodu wypływała bladobłękitna woda, która zdawała się promieniować własnym blaskiem. Z tej odległości nie widziałam co dokładnie przedstawia kamienny posąg, jednak byłam pewna, że to zwierzę. Tam gdzie kończył się ogród, zaczynał się ciemny las, który z powodzeniem można było określić mianem nieprzebytej głuszy. Przeniosłam zachwycone spojrzenie na przyjaciółkę, stojącą obok, która wpatrywała się we mnie z tajemniczym uśmiechem błąkającym się w kącikach ust.  

- Wiem, wiem…- szepnęła cicho i poprowadziła mnie wzdłuż jednego z trzech długich stołów, znajdujących się w pomieszczeniu. Starłam się nie zwracać uwagi na wymierzone we mnie ciekawskie spojrzenia innych uczniów. Co mnie zdziwiło, niektóre z nich były wrogie.
Alison przyspieszyła, gdy dochodziłyśmy do końca stołu. Z rozszerzonymi z podekscytowania oczami i uśmiechem szaleńca usiadła, oczywiście, ciągnąc mnie za sobą,  naprzeciwko chłopaka z przyjaznym wyrazem twarzy i bruneta wyglądającego jak rasowy Francuz.

Żabi Król ledwo podniósł wzrok znad książki, którą właśnie czytał. Machnął ręką w moją stronę i wymamrotał coś co zabrzmiało jak ,,Fuas’’. Chłopak siedzący obok niego pacnął kolegę w głowę i uśmiechnął się do mnie.

- Cieszę się, że nikt Cię nie pożarł po drodze, Lucy.- zaśmiał się cicho z własnego żartu.- Jestem Arthur. Ten dupek obok to Lucas, gdybyś nie dosłyszała jego cudownego, śpiewnego, francuskiego głosiku.- przeniósł spojrzenie na Alison.- Mówiłem Ci, że macie się pośpieszyć, bo nie chcę zostawać z nim sam. Ten kretyn w pięć minut ściągnął nam na głowę dwie czarownice… I o dziwo nie był to nasz ukochany duet…- przewrócił oczami, wywołując prychnięcie Carlley, która właśnie nakładała sobie naleśniki na, a jakże!, fioletowy talerz.

Obrażony przez Arthura chłopak szybkim ruchem zatrzasnął książkę.
- Gdybyś nie był tak wybredny, dostrzegłbyś, że te Czarodziejki potrzebowały naszego wsparcia moralnego i pomocy w przygotowaniu do trudnego testu…- westchnął.- Mieliśmy taką okazję, stary, a Ty ja zaprzepaściłeś. Nie zapomnę Ci tego!

Ręka Alison zawisła nad słoikiem dżemu truskawkowego. A Arthur, chcąc wybrnąć z, najwyraźniej, niezręcznej sytuacji, podniósł ręce w geście poddania.

-Masz absolutną rację. Pryszczate czternastolatki to szansa jedna na milion.- po chwili dodał dużo ciszej:- Pomyśl czasem.

Nie bardzo wiedziałam jakie znaczenie ma scena rozgrywająca się przy stole. Dopiero później miałam się przekonać o tym jak istotna była wymiana zdań przez Lucasa i Arthura. Podejrzewam, że skoro uchodzę za osobę inteligentną to już powinnam się wszystkiego domyślić, jednak… Nie tym razem. Najwyraźniej mój mózg zrobił sobie przerwę w pracy lub, co gorsza, urlop, nie informując mnie o tym.

Chcąc rozluźnić atmosferę panującą przy stole, Arthur zwrócił się do mnie:
- Jesteś pierwszą pełnokrwistą Zmiennokształtną, którą poznałem osobiście.- wyszczerzył zęby w uśmiechu, na co siedząca kilka miejsc dalej Czarodziejka westchnęła głośno.- Chociaż biorąc pod uwagę ilu Was zostało, to i tak niezły wynik.- chyba mu się coś przypomniało, bo pochylił się w moją stronę, nagle zaciekawiony.- To prawda, że jeszcze pół roku temu nie wiedziałaś, że ,,nie jesteś zwyczajna’’?

Lucas rzucił mu ,,złe spojrzenie’’ i powiedział grobowym głosem:
- LUDZIE NIE SĄ ZWYCZAJNI. Jesteśmy po prostu niemagiczni.
Alison prychnęła cicho.

- ,,Po prostu niemagiczni?” Człowieku, jesteście ,,po prostu” nudni. Zero w Was superwypasionejobjechanejnamaksa krwi!- z udawaną wyższością spojrzała w stronę sufitu.

- Odezwała się… Jesteś tylko Wilkołakiem. Co ty tam wiesz o Darze przekazywanym z pokolenia na pokolenie…
- Z całą pewnością więcej niż ty, o wielki Oświecony idioto!

- Przynajmniej nie jestem śmierdzącą kupą futra, w której…
W tym momencie, Arthur patrząc na mnie przepraszająco, machnął ręką.

- Nie  zwracaj na nich uwagi.- skinął w głową w kierunku Alison i Lucasa.
Uśmiechnęłam się szeroko. Może w końcu mój mózg postanowi współpracować?

-  Byli kiedyś razem?- zapytałam, starając się mówić jak najciszej, aby kłócąca się dwójka mnie nie usłyszała.

Chłopak w odpowiedzi wzruszył ramionami , a po krótkim namyśle, dodał:
- Jak na razie nie rozumieją, że coś do siebie czują. Razem z Rie staramy się im to uświadomić.  Jesteśmy dobrej myśli.- uśmiechnął się.- Odpowiesz mi?

Najwyraźniej mój mózg postanowił się nade mną zlitować i pomóc w skojarzeniu o jakie pytanie chłopakowi chodzi.  ,, To prawda, że jeszcze pół roku temu nie wiedziałaś, że nie jesteś zwyczajna?’’. Jak się okazało posiadane przeze mnie, szare komórki nie są zupełnie bezużyteczne.

- Jest jeszcze gorzej. Dowiedziałam się trzy miesiące temu. Wyczucie czasu moich rodziców nie było zbyt dobre, jeśli rozumiesz o czym mówię.- spojrzałam na niego wiele mówiącym wzrokiem, a Arthur energicznie pokiwał głową.

- Doskonale, niestety.

Właśnie otwierałam usta, gdy Alison wstała od stołu, przy okazji rozlewając mi herbatę, i rozłoszczona ruszyła ku wyjściu do ogrodu. Lucas widząc co robi dziewczyna i jak efektownie to wygląda, również podniósł się ze swego miejsca i ruszył w przeciwnym niż ona kierunku. Arthur westchnął przeciągle.

- Przyzwyczaisz się…